BEFORE SUNDAY NBA, czyli Buzzerowy felieton #1

Hej! Witam wszystkich. Żyję zasadą, że pierwsze wrażenie buduje się dobrym powitaniem, więc chcę się raz a dobrze przywitać, trochę się Wam przedstawić. Jestem Bartosz, redaktor Buzzera i człowiek od misji literackich. Prywatnie prowadzę swój fanpage na Facebooku ”Koszykarski Masochista”. Przychodzę do Was z rozpoczynającym się od dzisiaj cyklem felietonów pojawiających się w każdy weekend przed niedzielnym meczem NBA, podsumowującym wydarzenia z parkietów ligowych ostatniego tygodnia, okraszone moim komentarzem, spostrzeżeniami i lekką dozą humoru. Nakreślony charakterystycznym masochistycznym spojrzeniem. No to co, skoro przedstawiony, to co mi pozostaje? Atakujemy z felietonem #1!

Zaczynamy grubym wyczynem z dzisiejszej nocy. LeBron notuje triple-double w meczu przeciwko Hornets. Lakers pokonują drużynę Jordana 128:100. Chyba można na tym skończyć, co nie? No właśnie nie za bardzo, bo to nie jedyne triple-double tej nocy. Wcale nie było ono wykręcone przez Kembę Walkera, a przez kochanego (lub nienawidzonego) Lonzo Balla.

Nie jest jednak taki zły ten Lonzo, prawda? Z nim na parkiecie od pierwszych minut Lakers notują znacznie lepszy bilans niż z Rondo, a gdy gra on w ostatnich minutach meczu, Lakers praktycznie zawsze wychodzą zwycięsko. Ktoś chce jeszcze mówić, że jest on niewypałem? O jego wadach można dużo dyskutować, ale wiem jedno – gdy LeBron mówi, że ktoś jest dobry to raczej się nie myli. Może oprócz Tristiana Thompsona. Swoją drogą, widzieliście kto jest najczęściej googlowanym sportowcem w USA 2018? Właśnie Thompson. Powinien podziękować wujkowi Jamsowi, no i oczywiście dziewczynie. Nikt z otoczenia Kardashianek nie przejdzie bez echa w mediach.

My jednak nie o tym. Plotki zostawmy na kiedy indziej. 14 grudnia Dirk Nowitzki rozegrał swój pierwszy mecz w tym sezonie i zarazem pierwszy mecz w 21 sezonie w swojej kariery. Jest to duży wyczyn, ale statusu niesamowitego i rekordowego dodaje mu fakt, iż jest to 21 sezon w tej samej drużynie! Niekwestionowana legenda Dallas i całego europejskiego środowiska w NBA. Pierścień wyrwany przez Dirka LeBronowi jest więcej symbolicznie warty, niż niejedno mistrzostwo zdobyte w tej lidze przez innych. Zresztą, nigdy w wielkim pojedynku LeBron nie pokonał Dirka. Tej nieproporcjonalny i zarazem perfekcyjnie geometryczny rzut ma w sobie coś niesamowitego i pozostanie na zawsze w pamięci kibiców z całej NBA. Na szczęście nie mają co się martwić o następcę, prawda Luka?

Ten tydzień dla niektórych przyniósł również ciekawe odkrycie, chociaż dobrze znający temat wiedzieli o tym zawodniku przynajmniej od zeszłego roku. Spencer Dinwiddie. Jak ten gość szaleje! 39 punktów i rekord kariery przeciwko 76ers, 27 punktów przeciwko Wizards i Nets są 2-0 w tym tygodniu. Głównie dzięki Spencerowi.

Tylko czy Spencer faktycznie jest tak dobry, czy po prostu wyróżnia się w średnim Brooklynie? Moim zdaniem jest na tyle dobry, aby nawet nazwać go niedocenianym. Za takie pieniądze w kontrakcie robi większą robotę, niż większość przepłaconych gwiazd. Idealny rezerwowy. Przykra kontuzja LaVerta może być tylko dalszą drogą jego rozwoju. Czy uda mu się pociągnąć Brooklyn do Playoffów? Tego nie wiem i raczej wątpię, ale grając i rozwijając się w stronę takiej koszykówki, jaką prowadzi Kenny Atkinson może być tylko lepiej. Go Nets!

Zwątpiliście w moc Bostonu? Ja tak. Przez to póki co muszę się bić w pierś i przyznać, że chyba za wcześnie nastąpiło moje zwątpienie. Może i przegrali tej nocy z Pistons, ale seria 8-0 chyba musi imponować, prawda? Nie jestem przekonany, czy poradzą sobie w Playoffach, szczególnie w tym sezonie. Wiem jednak to, że nie mogę się zgodzić z głosami zasłyszanymi jeszcze jakiś czas temu, że powrócą do średniaków ligowych przez nadmiar talentu. Brad Stevens wie co robi, dajmy mu czas, a on nawet z Haywarda zrobi na nowo All-Stara. Jeszcze słowo o Irvingu – oby już nigdy więcej nie zapuszczał włosów, to forma będzie się go trzymała, jak język polizanej klamki od drzwi za małolata. Oczywiście porą zimową.

Ostatni duży wątek to coś specjalnego. Dla całej NBA, dla was, dla mnie. Chyba tylko naczelni krytycy LeBrona i faceci bez uczuć nie wzruszyli się lub przynajmniej nie uśmiechnęli pod nosem na sam widok LeBrona z Wadem, którzy po raz ostatni wymieniają się koszulkami po meczu. Faceci nie płaczą, ale ja tam łezkę uroniłem. Pięknego spektaklu byliśmy świadkami 11 grudnia. Tyle wspomnień, które pozostawili ci dwaj panowie grając zarówno razem, jak i przeciwko sobie niewiele duetów potrafiło pozostawić. Dwie legendy, moi pierwsi idole i duet, który wskazywał mi drogę koszykarską w początkowych latach rozwoju.

Trzeba tu zrozumieć pewną rzecz. Starsi mieli Jordana z Pippenem, trochę młodsi Kobiego z Shaqiem, jeszcze inni mogli mieć całe San Antonio… ale moje pokolenie ma LeBrona z Wadem. To oni mi pokazali koszykówkę jako pierwsi. Tak wiem, że starsze duety więcej osiągnęły, ale to nie o to tu chodzi. Chodzi o symbolikę. To jak z pierwszym betoniakiem, na którym grałeś w życiu. Wiesz, że jest stary i ma krzywe kosze, ale i tak go kochasz, bo to on jako pierwszy pokazał ci koszykówkę. One Last Dance. Tak po prostu.

Cały tydzień jak zwykle pełen był ciekawych wydarzeń. 11 grudnia na parkiety powrócił Draymond Green, czyli już prawie cały zabójczy skład jest dostępny. A Toronto nadal niepokonane przez mistrzów, czyżby przepowiednia? O wyczynach Hardena nawet nie chce mi się pisać. Nie w smak mi to. Wyczyn wielki, triple-double z 50 punktami nie zdarza się codziennie, ale… jakoś to wszystko ginie w całej otoczce wspomagania Hardena przez sędziów.

Nie taką koszykówkę chcę oglądać, nie wiem jak Wy. Sacramento nadal utrzymuje poziom. Fox jako zawodnik z najlepszym postępem? Bardzo możliwe. Wciąż pozytywnie atakuje Oklahoma. Westbrook chyba w końcu zmądrzał, ale z nim nigdy nic nie wiadomo. Kolejny próg wygranych Grega Popovicha w karierze. Najlepsze jednak jest to, jaką Greg zostawił spuściznę na całej lidze. Większość najlepszych trenerów to jego byli asystenci. To chyba jednak o czymś świadczy.

I to tyle na dzisiaj. Co przyniesie kolejny weekend? Nie wiadomo. Wiadome jest jednak to, że wrócę do Was w kolejnym tygodniu z kolejnym felietonem. Hej Hej, tu NBA, z tej strony pisał Bartosz i dziękuję za uwagę!

 

Zdjęcia: źródło NBA

Efekty: Padre