Hej, hej, tu Buzzer NBA! CP3 ratuje tyłki Rakietom, Westbrook mimo triple-double przegrał mecz OKC.

Chicago Bulls (13-23) 110-114 Washington Wizards (21-16)

Kozak meczu: Bradley Beal 39 punktów, 9 zbiórek, 9 asyst

Chicago nadrabiało pudłowanie akcjami drugiej szansy, mając przewagę na koszu dzięki Robinowi Lopezowi, co dało im prowadzenie 20-11. Na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim Dunn i jego 19 punktów oraz 11 asyst. Kiedy Bulls zaczęli się jeszcze bardziej oddalać, Scott Brooks po pudłach Marcina, Mahinmi i Morrisa zdecydował się na manewr z Mikem Scottem na centrze. Ustawienie jeszcze z Wallem, Bealem, Oubre i Porterem trwało raptem dwie minuty, natomiast pozwoliło zredukować stratę do zaledwie 4 punktów (63-59). Później podobny myk został zastosowany z Thomasem Satoranskym i Kelly Oubre, co dało prowadzenie w ostatniej odsłonie spotkania. Wizards znacznie lepiej radzili sobie w rzutach za trzy (7 trójek Beala, 3 Scotta) niż Bulls (23% – 1/6 Holidaya, 1/4 Valentine’a i 0/4 Granta).

Tam po raz kolejny wyszło, że Bradley Beal mimo kolejnej znakomitej linijki statystycznej

panikuje jak na pierwszej randce, gdy trzeba trafić ważne rzuty wolne w końcówce. Spudłował dzisiaj oba takie rzuty, gdy Wizards mieli raptem 2 punkty przewagi na 19 sekund przed końcem. Na szczęście dla niego Oubre zbił piłkę przejętą później przez Walla i obyło się bez konsekwencji. To jednak bardzo dziwne, bo popularny Panda jest zaledwie 19/30 przy rzutach wolnych w kluczowych sytuacjach, co jest niższe o 15% od jego średniej w całym sezonie.

 

Minnesota Timberwolves (23-14) 107-90 Indiana Pacers (19-18)

Kozak meczu: Jimmy Butler 26 punktów, 5 asyst, Karl-Anthony Towns 18 punktów, 14 zbiórek, 6 bloków

Mecz bez większej historii, gdy w szeregach Pacers wciąż brakuje Oladipo. Nawet w takiej sytuacji Thibs katuje Townsa, chociaż mógłby spokojnie dać pograć dłużej Diengowi. W każdym razie szybki ran z początku pierwszej kwarty 17-0 ustawił mecz, bo Indiana oczywiście podejmowała próby odrabiania, ale nigdy się nawet nie zbliżyła. W trzeciej kwarcie przyszło zwycięstwo Timberwolves 38-20 i było wiadomo, że nic więcej się już nie zadzieje. Gdyby Minny tak grała w defensywie, jak dzisiaj, to powody do optymizmu byłyby jeszcze większe (zatrzymanie Pacers na 38%, 11 przechwytów). Przede wszystkim myślę tutaj o Townsie, rządzącym w pomalowanym, coś, czego nie widzieliśmy od miesięcy.

Wspierał go Taj Gibson, tyle że u niego to raczej norma, niż odstępstwo (17 punktów i 9 zbiórek). Jedyne, co musi zarząd szybko wymyślić, to kim zastąpić Jeffa Teauge. Facet może już w tym sezonie nie wrócić a Aaron Brooks się kompletnie do tego nie nadaje.

 

Brooklyn Nets (13-23) 105-108 Boston Celtics (30-10)

Kozak meczu: Kyrie Irving 28 punktów, 8 zbiórek

Celtowie wygrali 7 mecz z rzędu przeciwko Nets, chociaż nie mieli meczu w dłoniach, aż do rzutów wolnych Kyrie’ego Irvinga na 7,7 sekundy przed końcem. Boston w 4Q przez ostatnie 4:27 nie rzucił ani jednego punktu z gry, niemiłosiernie pudłując i ciułając punkty z linii rzutów wolnych. Nets mieli naprawdę sporą szansę na dogonienie słabo dysponowanych przeciwników. Najpierw Hollis-Jefferson dunkiem zbliżył się na 8 punktów (103-95), potem zagrał akcję 3-punktową na 2:05 przed końcem, a Quincy Acy zaliczył trójkę, kiedy na zegarze zostało ledwie 18 sekund. Mimo wszystko parę akcji Irvinga zasługuje na obejrzenie.

 

Los Angeles Lakers (11-24) 142-148(2OT) Houston Rockets (26-9)

Kozak meczu: James Harden 40 punktów, 11 asyst; Chris Paul 28 punktów, 10 asyst

Ten mecz był niesamowity pod wieloma względami. Oba zespoły rozpoczęły od trafiania, ale to, dlaczego LAL było tak mocne w ofensywie, leżało w ich znakomitej dominacji podkoszowej. Pokonali w tym parametrze Rockets 27-12 i schodzili po pierwszej połowie z prowadzeniem 72-65 (Houston w ogóle zapomniało co to defensywa, a przecież mieli Capelę). W trzeciej kwarcie Lakers wciąż prowadzili nawet 17 punktami. Problemem ich jest nieutrzymywanie wypracowanej przewagi, nieważne jak dużej. Wreszcie dali się złapać, chociaż Houston okupiło to stratą Jamesa Hardena (naciągnął ścięgno udowe), którego zastąpił Gerald Green (dał w tym meczu naprawdę dużo). Mnie tylko jedno zastanawia. W pewnym momencie Broda zagrał swoją klasyczną akcję pod faul. Klasyczne jest w tym to, że bardzo często wsadza rękę zawodnikowi, po czym wymusza. Tutaj jednak mieliśmy do czynienia z himalajami absurdu.

W dogrywce był tylko jeden Pan Koszykarz: Chris Paul. Zdobył tam 15 punktów, grał znakomite akcje izolacyjne na Kuzmie, wchodził pod kosz, asystował. Był to w moim przekonaniu NAJLEPSZY mecz Paula w trykocie Rockets.  Jeziorowcy próbowali odpowiadać, doprowadzili przecież do drugiej dogrywki, ale tak się złożyło, że poskromił ich PJ Tucker. Facet zdobył tylko dwa punkty, ale to one zadecydowały, że Rockets przerwali 5 porażek z rzędu. Poniżej najlepsze akcje z dogrywek i akcja Tuckera:

 

Dallas Mavericks (13-25) 116-113 Oklahoma City Thunder (20-17)

Kozak meczu: Harrison Barnes 24 punkty, 4 zbiórki, 2 asysty

Oba zespoły postanowiły celować w siebie tą samą bronią – rzutem zza łuku. W pierwszej połowie Thunder trafili 8/17, a Mavericks 8/18. Oklahoma w tym czasie prowadziła 63-57. Rookie Terrance Ferguson popisał się w trzeciej kwarcie layupem razem z buzzer-beaterem, wyprowadzając OKC na jednopunktowe prowadzenie. Końcówka należała do rookiego, Dennisa Smitha Jra. W ostatniej odsłonie spotkania jego trójki pozwoliły wyjść Mavs na prowadzenie 111-108, kiedy na zegarze zostało 1:17. Potem na 30,4 sekundy przed końcem dał prowadzenie 113-110, zebrał spudłowany rzut za trzy Westa i trafił dwa rzuty wolne. Końcówka była naprawdę emocjonująca.

Chociaż Russell Westbrook znowu zaliczył triple-double na bardzo wysokiej skuteczności – 38 punktów, 15 zbiórek, 11 asyst – to spudłował wszystkie trzy rzuty w końcówce zza łuku w ostatnich 30 sekundach. Był 0/4 w tym elemencie gry.

W meczu nie zagrał kontuzjowany Andre Roberson, zastąpiony po raz pierwszy w tym sezonie przez Josha Huestisa (0 punktów, 1 zbiórka przez 19 minut).

 

Charlotte Hornets (13-23) 98-106 Los Angeles Clippers (16-19)

Kozak meczu: Lou Williams 40 punktów

Charlotte odniosło jedno z najbardziej niespodziewanych zwycięstw nad Golden State Warriors w tym sezonie, co trzeba zaliczyć do wielkich pozytywów. Z drugiej strony Kemba Walker w grudniu gra na 38% skuteczności. Nieznana jest też przyszłość trenera Szerszeni, Steve’a Clifforda. Ostatnie trzy mecze opuścił z powodu problemów zdrowotnych. Clippers wcale nie lepiej. Dopiero co otrząsnęli się z kontuzji Blake’a Griffina, a już musieli zapomnieć o Austinie Riversie, który w meczu przeciwko LAL naderwał Achillesa w lewej nodze.

Mimo tego, że Clippers od początku mieli problem z faulami oraz w drugiej kwarcie zagrali na 13% skuteczności, dostając lanie 13-30, to i tak udało im się ten mecz wygrać. Po przerwie Clipps wyszli skupieni i zrobili przewagę głównie dzięki DeAndre Jordanowi i Griffinowi (20 punktów w tym okresie, z czego 14 Blake’a). To, co było wcześniej zmorą LAL przeszło na Hornets. W czwartej kwarcie uaktywnił się znowu Lou Williams. W pierwszych 12 minutach w zaledwie 3 minuty rzucił 11 punktów, by w 4Q znowu dać o sobie znać 15 oczkami. Ostatnimi jeden z faworytów do nagrody dla najlepszej 6-stki w tym sezonie napykał ich ostatecznie 40.

 

Memphis Grizzlies (12-25) 114-96 Sacramento Kings (12-24)

Kozak meczu: Tyreke Evans 26 punktów, 7 zbiórek, 5 asyst

Aż trudno uwierzyć, że Evans podpisał tylko jednoroczny kontrakt z Memphis. Albo inaczej. To niesamowite, że kolana pozwalają Tyreke’owi grać na miarę jego możliwości. W ostatnich dwóch sezonach stracił przecież przez nie 99 meczów. Miał też dzisiaj szczególną motywację do dobrej gry, bo jak sam stwierdził „uwielbia grać przeciwko zespołowi, który mnie wybrał w drafcie”. 10/16 i 5 trójeczek. Kolejne znakomite spotkanie, bo Evans jako jedyny mógł schodzić zadowolony po porażce z GSW. To był już 19 mecz w tym sezonie z +20 punktami. Rzuca też rekordowe 42,6% za trzy.

 

Sacramento zagrało dzisiaj fatalne spotkanie. „Brak skupienia i brak siły” – tak skomentował do Dave Joerger. Pudłowali rzuty wolne, przegrywali w meczu nawet 33 punktami. Powiedziałbym raczej, że Królom „brakowało wszystkiego”.

 

Philadelphia 76ers (17-19) 123-110 Phoenix Suns (14-24)

Kozak meczu: Joel Embiid 22 punkty, 9 zbiórek, 5 asyst; Joel Embiid 21 punktów, 9 zbiórek, 6 asyst, 3 przechwyty, 3 bloki

Wreszcie słońce zaczyna się przebijać przez zachmurzone niebo, wiszące nad Philadelphią. 6ers potrzebowali tego zwycięstwa, jak spragniony wody. The Process w ostatnim czasie bardzo przystopował. Phila wygrała, nie pozbyła się swoich słabości, raczej potwierdziła to, co ją męczy. Saric, Embiid, Redick i Simmons – wszyscy rzucili dzisiaj powyżej 20 punktów. Okej, to cieszy, natomiast jeżeli prowadzisz 18 oczkami, by zaraz w kilka minut wpuścić 21 w trzeciej kwarcie, to znaczy, że zespół jest bardzo mocno rozchwiany. Wystarczy, że zabraknie Embiida (+32 w tym meczu) i zaraz gra się sypie. Z jednej strony to potwierdza, jak ważnym i znakomitym zawodnikiem jest Embiid, z drugiej Phila nie rozumie jeszcze, jak bardzo robi sobie krzywdę, opierając na nim swoją taktykę. Ben Simmons potrafi eksplodować, tak jak to zrobił z Suns w czwartej kwarcie, zdobywając 11 ze swoich punktów.

Chłopak ma smykałkę do przechwytów i akcji coast-to-coast. Gra będzie jeszcze inaczej wyglądać po dołączeniu zdrowego Markelle’a Fultza, to na razie wróżenie z fusów, w każdym razie jedna jaskółka wiosny w Philadelphii nie uczyni. Zbyt duża jest rozbieżność między poszczególnymi garniturami. Wymieszanie zawodników niczego nie przynosi, poza zachęceniem przeciwnika do odrabiania strat.